Kiki van Beethoven, Eric-Emmanuel Schmitt

Do mojego siódmego spotkania z twórczością Erica-Emmanuela Schmitta podchodziłam nieco niepewnie. W ostatnim czasie zaroiło się w sieci od skrajnie różnych opinii na temat tej książki i obawiałam się, że czeka mnie z nią ciężka przeprawa. Było z nią ciężko i nie było – wygląda więc na to, że zamiast opowiedzieć się za którąś ze stron, po prostu ustawię się idealnie pośrodku – Kiki van Beethoven bowiem i zaciekawia, i nuży.

Na najnowsze dzieło francuskiego pisarza składają się dwie krótkie opowieści – tytułowa Kiki van Beethoven oraz Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…, które dołączyły do cyklu Dźwięki, które myślą. Książką otwierającą ten cykl było Moje życie z Mozartem – historia, która (w mej opinii) w ogóle nie powinna była zostać wydana (więcej tutaj).

Kiki van Beethoven to bardzo wdzięczne i lekko napisane opowiadanie o staruszce, która szuka oczyszczenia i objawienia w muzyce Beethovena. Choć nie jest niesłysząca, jej uszu nie dobiegają pożądane dźwięki. By doświadczyć „cudu” Kiki musi wiele przejść, wiele zrozumieć i dokonać wielu odkryć. Wokół siebie i w samej sobie. Wtedy dopiero nadejdzie oczyszczenie. Wtedy umysł, ciało i duszę zaleje upragniona melodia…

Urzekła mnie historia Kiki – jest krótka, konkretna i silnie oddziałująca na czytelnika. Schmitt używa sprawdzonych środków i doskonale radzi sobie w formie, którą „ograł” już wielokrotnie. Trzeba lubić twórczość Francuza, aby nie znudzić się opowieściami opartymi na jednym schemacie. Ja jego twórczość lubię, toteż uważam część pierwszą tej książki za naprawdę znakomitą…

Druga część to już jednak odrębna para kaloszy. Opowieść o roli Beethovena w życiu Schmitta niewiele różni się od tej, w której autor przywoływał Mozarta (aż strach pomyśleć, że niebawem powstaną podobne historie o Bachu i Schubercie). Nie pałam wobec pisarza tak wielką i obsesyjną miłością, żeby z błogim uśmiechem chłonąć wszystkie fakty z jego prywatnego życia. Choć wielcy kompozytorzy mieli ogromny wpływ na twórczość Schmitta – o wiele bardziej wolę ich słuchać, niż czytać głębokie wynurzenia z nimi związane. Nie jest to tak fascynujące, jak być powinno.

Druga część najnowszej książki Schmitta nie jest, oczywiście, bezwartościowym tworem – to zbiór pięknych wspomnień i złotych myśli, które warto zachować w sercu. Kolejny raz przekonuję się jednak, że to, co zbyt osobiste, nie jest dla mnie kuszące…

Moja ocena: 7/10

0 komentarzy

Nie wiem dlaczego, ale ciągle nie mogę się przekonać do sięgnięcia po dzieła Schmitta. Czytałam mnóstwo pozytywnych opinii, za sobą mam "Oskara i panią Różę", ale do reszty jakoś mnie nie ciągnie.

Nie tyle mnie intryguje ta książka, co bardziej jestem ciekawa twórczości Erica-Emmanuela Schmitta, gdyż słyszałam, że pisze swoje książki z wielką wrażliwością i tzw. głębią, dlatego chciałbym się przekonać, czy rzeczywiście tak jest.
Zobaczymy, może w twoim konkursie mi się powiedzie i zdobędę okazję na przeczytanie ,,Kiki van Beethovena'' 😉
Pozdrawiam.

Jestem świeżo po lekturze książki, ale jeszcze przed pisaniem recenzji. Nie chcę więc czytać Twej recenzji teraz, ale wrócę tu by porównać nasze odczucia.
Ale już teraz widzę, że odebrałyśmy ją podobnie:)

Mam nadzieję, że wkrótce wpadnie mi w łapy, bo bardzo lubię twórczość Schmitta – "Kiki…" to jedna z niewielu książek, których jeszcze nie przeczytałam.

PS. Widzę całkiem ciekawe zmiany z nagłówkiem bloga – bardzo fajny efekt! 😉 Naprawdę kreatywnie ;D

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad sięgnięciem po tą książkę, ale teraz sama już nie wiem… Czasem żałuję, że te opowiadania Schmitta nie są wydawane pojedynczo 🙂

Kinga,
w takim razie czekam na Twoje wrażenia 🙂

cyrysia,
w konkursie życzę, jak najbardziej, powodzenia, ale zaczynacie przygody ze Schmittem od 'Kiki' nie będzie dobrym pomysłem. Aby cieszyć się tą książką, zdecydowanie trzeba już trochę znać i trochę lubić tego autora.

Schmitta właściwie znam tylko z jednej książki, tej którą wszyscy znają i kochają, czyli "Oskar i pani Róża". Nie lubię króciutkich form literackich, opowiadań to już wogóle nie tykam, na 'Kiki…' jakoś nie mam ochoty 🙂

Jak do tej pory czytałam jedną książkę Erica Emmanuela Schmitta- "Dziecko Noego". Zachwycona jego stylem nie byłam,ale całkiem przyjemny i z chęcią sięgnęłabym i po tą.

Dzięki Bogu, że znajduję też pozytywne recenzje "Kiki". Po samym jej pojawieniu wiele blogów nieźle tę książkę skrytykowało… Aż boję się teraz sięgnąć, bo ja naprawdę bardzo Schmitta cenię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *